Szczęśliwi mimo wszystko…

Indie uczą czekania. Zawsze tłok, trzeba sie nauczyć cierpliwości żeby tutaj żyć. Indie rozwijają się w dwóch kierunkach. Dążą do nowoczesności chcąc zachować tradycję. Tak jak statek na morzu idą z falą przy czym wrzucają wsteczny bieg. Piękno i bieda ukazują barwy życia. Kto tu przyjdzie zobaczy wszystko. Nawet więcej niż by chciał.

Kolejnym miastem w wyprawie było Chennai. Dawny Madras. Niecałe 6 milionów mieszkańców, a w śród nich jeden rikszarz, który zaproponował wycieczkę po najważniejszych zabytkach miasta. Chętnie podwoził pod Hinduskie świątynie opowiadając anegdoty z życia wzięte. W Chennai rozciąga się druga na świecie pod względem wielkości miejska plaża. Ma ok 10 km długości. Po złotym piasku biegają dzieciaki, sprzedawcy namawiają do cukrowej, różowej waty, a dla chętnych, którzy zawsze marzyli żeby wsiąść na koński grzbiet jest też oferta – galop na białym rumaku 🙂

10 lat temu zdarzyła się katastrofa – dotarła tutaj fala tsunami. Miała 7 metrów wysokości i wdarła głęboko do miasta niszcząc domy, sklepy, świątynie i kościoły. Wciąż widać ślady niszczycielskiej siły. Zdewastowane budynki są teraz domem dla ludzi, którzy stracili wszystko co mieli. Położona prowizorycznie falista blacha ma chronić od monsunów. Wciąż w niewielu budynkach jest podciągnięty prąd, a ludzie zajmują się najczęściej sprzedażą złowionymi rybami albo handlem kwiatami dla bogów. Bieda pierwsza rzuca się w oczy. Nie ma nic do ukrycia.

Jedziemy dalej, czas na obiad. Pora już wracać pod hostel. Sympatyczny rikszarz w czasie wycieczki zadzwonił do żony opowiadając jej o czymś radosnym głosem. Nie wiedziałam co planuje, jak się okazało spytał się czy mogę być gościem w jego domu. Umówiliśmy się na późne popołudnie.

India teach to wait. You need to learn patience to live here. India are developing in two directions. They tend to modernity, wanting to preserve the tradition. Just like a ship at sea with a wave coming the reverse throw. Beauty and poverty shows the colors of life. Who comes here sees everything. Even more than he wanted. Another city in my expedition was Chennai. Former Madras. Nearly 6 million residents, and among them one rickshaw driver who offered a tour around main sights of the city. In Chennai is the world’s second -largest urban beach. It has about 10 km long. On  golden sands kids were running around, Locals were selling candies and there was possibility to sit on a horse back. 10 years ago a disaster happened – the tsunami reached here. Wave was 7 meters tall and tore deep into the city, destroying houses, shops, temples and churches. I still could see traces of destructive forces. Devastated buildings are now home to people who have lost everything they had. Poverty first strikes the eye. There is nothing to hide. But they never give up! Try to rebuild home and celebrate festivals. Its time for lunch. Time to get back to the hostel. The friendly rickshaw driver diuring the tour called his wife telling her about something with a cheerful voice. I did not know what he was planning, as it turned out, he asked if I could be a guest in his house.

Obrazek

Well known hostel for backpackers in Chennai from 1951

ObrazekObrazek

Mój pokój w hostelu / My room in hostel

Obrazek

Poznani koledzy Amerykanie. American friends 🙂

ObrazekObrazekObrazekObrazek

Wysiadłam pod lokalną restauracyjką, o której powinni napisać przynajmniej w TripAdvisor. Mimo, że leży przy mniej uczęszczanej ulicy, czasem trudno tu o miejsce.  Bo w porze obiadowej korzystają tu wszyscy. W menu dnia króluje ryż z różnymi sosikami. Kelner przechadzając miedzy stolikami w gumowych klapkach, nakłada chochelką brakujące dodatki. Można jeść bez ograniczeń.

I got off at a local restaurant, which should be mentioned at least in TripAdvisor. Although it was less busy street, sometimes it was difficult for a place. The waiter strolling among the tables in rubber flip-flops , imposes a small ladle additions. You could eat without restriction.

ObrazekObrazek

Nigdzie indziej nie ma bardziej aromatycznej kawy. Przyniesiona w aluminiowym kubeczku, przelewa sie ja do drugiego naczynia mieszając bardziej cukier i mleko, chłodząc i spieniając kawę./The best aromatic caffee with sugar and milk  in aluminium cup!

Obrazek

ObrazekObrazek

Późnym popołudniem przyszedł czas na umówioną wizytę w domu rikszarza. Punktualnie o 16 podjechał pod hostel, po czym małymi uliczkami pomknęliśmy do jego domu. Uliczki stawały sie coraz bardziej kręte i węższe. Pod koniec maszerowaliśmy po błotnistym chodniku. Jego dom był połączony razem z innymi domostwami. Wejścia do większości były bez drzwi, z przewieszonym ciężkim materiałem. Przed szarymi murami było patio, gdzie bawiły się wszystkie dzieci. Z otwartych okien można było usłyszeć gwar i rozpoznać co będzie podane do jedzenia.

Late in the afternoon it was time for an appointment at home rickshaw driver. Punctually at 16 he pick me up. More we drove streets became more and more winding and narrow. At the end we marched to the muddy pavement. His house was connected with other buildings. Majority homes were without doors, with slung a heavy material. With the windows open you could hear the buzz and identify what will be given to eat.

ObrazekObrazek

Zostałam zaproszona do domu. Mimo, że podłogi są mokre i pełne błota naniesionego z zewnątrz, należy zostawić buty przed wejściem. W 3 skromnych i ciemnych pokojach, żyła 8 osobowa rodzina. W jednym z pokoi była urządzona kuchnia. I to właśnie tam usiadłam czekając na przedstawienie mi po kolei każdego z członków rodziny.

Poznałam hałaśliwych braci i nieśmiałe siostry, rozpłakane dzieci sąsiadów i pięknie ubrane siostry rikszarza. Matka przygotowywała obiad. W kuchni 2x3metry, na podłodze rozłożyła matę. Na niej 3 bananowe liście, które były talerzami. Największy problem sprawiało mi usiąść po turecku dłużej niż 7 minut i jeść zgrabnie ręką rozsypujący się ryż z warzywami w sosie… Danie podano najpierw mi, później rikszarzowi. Kiedy skończyliśmy – do „stołu” zasiadły dzieci. Później zaprosiłam rodzinę do wspólnych fotografii. Wysłałam im na maila fotki. Może kiedyś powspominają i coś odpiszą 🙂

I walked into home. Although the floors were wet and full of mud spotted from the outside, I had to leave my shoes before entering. In 3 humble and dark rooms, family lived. In one of the rooms was equipped kitchen. I sat there and was waiting for presentation of each member of the family. I met noisy brothers and shy sisters, weeping children of neighbors and beautifully dressed sisters of rickshaw driver. Mother was preparing dinner. In the kitchen, 2×3 meters, she spread a mat on the floor . At the 3 banana leaves she put food. The biggest problem caused me to sit cross-legged for more than seven minutes and eat neatly hand crumbling rice with vegetables in sauce… Dish was given me first , then rickshaw. When we finished – around „the table” sat down children. Later, I invited the family to common photography. I sent them an email too . Maybe someday thy will write me back a message 🙂

ObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazek

Mniam!

Reklamy
Categories: Moja historia | Dodaj komentarz

Zobacz wpisy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: